Pierwsze Mikołajki

Witajcie!

Wow! To już drugi post dzisiaj (wkręciłam się i zyskałam trochę pewności siebie, gdy pokazałam moje posty mężowi, a one mu się spodobały – serio)!

Dzisiaj obchodziliśmy pierwsze wspólne Mikołajki z naszym synkiem. Może nie były to takie prawdziwe Mikołajki, bo co może powiedzieć dwumiesięczne dziecko widząc prezenty oprócz siarczystego „oooo”, bądź pięknego uśmiechu, który sprawia że zapomina się o zmęczeniu i troskach szarej codzienności :). Tak naprawdę, to nawet nie wiadomo, czy nasz synek reagował tak na prezenty, czy po prostu na naszą obecność (zakładam raczej to drugie), niemniej jednak dzień był daleki od wyjątkowych, a może raczej był wyjątkowy, ale nie w taki sposób jak myślałam, że będzie.

Ponieważ wczoraj miałam kiepski dzień i zepsułam mojego przyjaciela IPhone’a serwując mu kąpiel wodną, a następnie chciałam zrobić trochę porządków i uprałam ciuchy ciążowe (najgorsze jest to, że w większości pożyczone) tak, że połowa z nich zmieniła kolor na różowy, chciałam by ten dzień był choć trochę bardziej udany.

Jako wzorowy logistyk zaplanowałam więc 3-cią próbę odbarwienia tkanin – niestety nieudaną, co doprowadziło mnie do szału i sprawiło, że w głowie zaczęłam zarządzać już pieniędzmi, które muszę oddać za pożyczone ubrania. To z kolei nie poprawiało wcale mojego humoru, a wręcz odwrotnie (jeśli, któraś z osób, która pożyczyła mi ubrania właśnie to czyta, pewnie to Twoje ubrania mają piękny pudrowo różowy kolorek 😉 – z całego serca przepraszam – nowe ubrania bądź pieniądze wrócą do Ciebie niebawem).

Stwiedzilam więc, że przejdę się z synem na spacer i krótkie zakupy. Wyliczyłam dokładnie, o której i na ile czasu możemy wyjść, jako że syn nie przepada za wychodzeniem z domu i jeśli nie śpi, to zazwyczaj krzyczy.

Jak zwykle jednak Logistyka zaskoczyła mnie w naszym ulubionym sklepie o owadziej nazwie. W sklepie mnóstwo ludzi przygotowujących się do Świąt, a otwarte tylko 2 kasy, z czego do każdej kolejka na co najmniej 10 osób. Zaczęłam się więc denerwować, że spędzimy tam za dużo czasu i syn zacznie zaraz krzyczeć. I niewiele się pomyliłam. Kiedy wychodziliśmy ze sklepu zaczął robić się już czerwony i charakterystycznie wywijać głową na wszystkie strony sugerując, że nienawidzi swojej słodkiej misiowej czapki. Na szczęście jakoś udało mi się go z powrotem uśpić. Wzrastało jednak we mnie rozdrażnienie.

Dzień zakończyłam frustracją, która odbiła się na mężu (bo na kim innym), pomogła jedynie kąpiel w wannie i miłe słowa usłyszane od mojej drugiej połówki.

Kończąc, dopiero teraz zdałam sobie sprawę, o ile przyjemniejszy mogłby być ten dzień, gdyby nie fakt, że sama sobie go zepsułam poprzez przesadny idealizm. Chodziło przecież o to, że wszystko miało byc idealnie jak zaplanowałam. Ubrania odbarwione, spacer spokojny, dzień godzina po godzinie z zegarmistrzowską precyzją spędzony według planu z mojej głowy.

Czy naprawdę o to chodzi? Czy na tym właśnie polega zarządzanie własnym czasem i życiem? Teraz wiem, że nie i mam nadzieję, że nie popełnię jutro tego samego błędu. Swoją drogą prowadziłam kiedyś szkolenia z zarządzania czasem i naprawdę nie wiem dlaczego wpadłam w sidła własnego „ja”. Ale o tym może kiedy indziej. Dobranoc.

Sfrustrowany Logisyk

Czekająca na jutro Mama

 

Czy odkryłeś/aś już w sobie zadatki na Logistyka? Podziel się swoimi spostrzeżeniami!